Wyświetleń: 70

Napisane przez:

45% WZROSTU ROCZNIE, CZYLI WSZYSTKO ELEKTRONICZNE, CO MOŻESZ UBRAĆ

Rozmawiałam niedawno ze znajomym.

Narzekał.

Oczywiście, żaden z tych faktów nie jest sam w sobie wyjątkowy. Ale ten znajomy, ta rozmowa i to narzekanie wciąż rezonuje w mojej głowie, więc… postanowiłam się z tym tematem rozprawić.

Bywalec krynickiego deptaku (bywa tu każdej jesieni na Forum Ekonomicznym) nie biega. Ma zaokrąglony brzuszek i opadające ramiona zdradzające rezygnację… przynajmniej ze sportu. Nie zdziwiłabym się, gdyby nie używał kalendarza w smartfonie; jestem prawie pewna, że nie umie go synchronizować z komputerem, nie wspominając o dodawaniu terminów wysłanych do niego mailem.

Na pewno znacie takich ludzi – wiecznie niezadowolonych z postępu. Stale zadających to głupie pytanie: ale po co w telefonie kalendarz, przecież od dawna są kalendarze – notatniki… i tym podobne. Znacie ich na pewno – tych, którzy uważają, że świat mógł się zmieniać, kiedy oni byli na tę zmianę gotowi (młodzi?), no ale teraz to już naprawdę… przesada…

Tacy ludzie na ogół są oburzeni, że trzeba za coś płacić. Coś, co ich zdaniem jest zbędne. I uważają, że nowy sprzęt z nowymi możliwościami prawdopodobnie został wyprodukowany w ramach spisku przeciwko nim właśnie skierowanego. Spisku, mającego pozbawić ich pieniędzy. To, że cena jest nieproporcjonalnie mniej wyższa od wcześniejszej generacji, w porównaniu do wzrostu możliwości – nie ma dla nich znaczenia, bo są przekonani, że w tych nowych możliwościach nie ma żadnej realnej wartości.

Tacy ludzie są sfrustrowani nieustannie. Nie potrafią wykorzystać potencjału, jaki drzemie w nowych produktach. Zamiast cieszyć się, że w samochodzie mają nawigację, której mogą użyć w razie potrzeby, narzekają, że od nawigacji ludzie tracą zdolność orientacji w terenie.

Tacy ludzie nie rozumieją, że chodzi o wolność wyboru. Korzystać lub nie korzystać z technologii. Tyle, że gdy technologii nie było, nie było też wyboru.

I nic złego nie ma w tym, że niektórzy po prostu lubią z technologii korzystać. Inny mój znajomy opowiadał mi, jak bardzo pomogła mu w odchudzaniu inteligentna opaska, którą nosił, połączona z telefonem, komputerem i wagą… Nie schudłby – twierdził – gdyby nie bezwzględność danych, które płynęły z sensorów, mobilizując go do wysiłku.

Nie ma nic złotego w tym, że ci z nas, którzy nie opuścili ramion w nieodwracalnym geście rezygnacji i biegają, ścigają się ze sobą dzięki sensorom wysyłającym dane synchronizowane z portalem, na którym liczba przebiegniętych metrów i czas w którym się je pokonało można zestawić z wynikami przyjaciół. Albo zobaczyć jakie są ich ulubione trasy biegowe, szczególnie gdy są w innych miastach na delegacjach.

I można się wyśmiewać, oczywiście, z Google Glass – okularów pozwalających widzieć dane wtedy, kiedy są potrzebne a nie wtedy, kiedy wyjmiemy jakieś urządzenie z kieszeni czy torby. Można też się wyśmiewać z Google Goggle, programu który już kilka dobrych lat temu zapewniał namiastkę augmented reality, pozwalając rozpoznać obiekt widziany kamerą smartfona, na podstawie analizy zdjęć znajdujących się w Internecie – bo skoro turysta nie przygotował się do oglądania zabytków, to co z niego za turysta…

Śmiech jednak cichnie, kiedy spojrzymy na prognozy: IDC twierdzi, że w tym roku w sumie na rynek trafi ponad 45 i pół miliona  wearable devices, drobne 133% więcej, niż w 2014. W 2019 roku ta liczba ma wynieść 126 milionów sztuk różnych urządzeń, co by oznaczało coroczny średni wzrost wielkości rynku (CAGR) o 45%…

Skąd ten wzrost miałby się wziąć? Wyobraźmy sobie przez chwilę, że rzeczywiście, różnego typu sensory w opaskach czy nawet inteligentne zegarki – to chwilowa moda. Jeśli nie będzie „poważnych” zastosowań, to nie będzie popytu – argumentują kontestatorzy postępu. Ale  wystarczy odrobina wyobraźni, naprawdę niewielka, by zobaczyć mnóstwo poważnych zastosowań.

Medycyna i ochrona zdrowia wydają się być kolejnym etapem po fitnessie, który dziś dominuje. Czyli mniej więcej to samo, ale za to bardziej precyzyjnie i bardziej „na poważnie”. Internet rzeczy będzie wspierał rozwój branży w tym kierunku. I nawet, jeśli dziś większości emerytów z nadciśnieniem nie stać na ciśnieniomierz przechowujący zapisy danych w chmurze dostępnej dla ich kardiologów, to żeby zobaczyć przyszłość warto akurat w tym przypadku spojrzeć wstecz: kiedyś telefon komórkowy wydawał się dobrem luksusowym… Poza tym nowe pokolenie emerytów będzie tak zżyte z technologiami, że ciśnieniomierz bez chmury będzie im się wydawał archaizmem nie do przyjęcia.

Spodziewam się więc, że choć różni malkontenci podobni do mojego rozmówcy z Krynicy będą uważali, że to bez sensu, rynek elektroniki „noszonej na sobie” będzie rósł. I stanie się rynkiem masowym. Oczywiście, za wygodę trzeba będzie zapłacić: choćby licznymi ryzykami dla prywatności, które stają się oczywiste gdy wyobrazimy sobie te wszystkie noszone na sobie urządzenia komunikujące się między sobą w ramach Internetu rzeczy. Ale… zawsze jest jakaś cena – poza ceną detaliczną, oczywiście.

Kilka więcej liczb na temat rynku wearables:
http://www.idc.com/getdoc.jsp?containerId=prUS25519615

Krótko po polsku o rynku wearables z Wyborczej:
http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,18660784,rekordowy-wzrost-rynku-wearables-sukces-smart-watcha.html?ssoPermanentSessionId=12a4d1512a0d50dc958ec2fb3995fba6e6e38076f330d67dc3d668eec75c85fc

i na koniec ciekawostka – coś, co nazwałabym un – wearable – czyli dokładna odwrotność wearable device. Urządzenie, które nosi osobę tam, gdzie jej nie ma… z resztą sami się przekonajcie:
http://www.wired.com/2015/09/my-life-as-a-robot-double-robotics-telecommuting-longread/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Newsletter

Zapisz się do Newslettera, aby otrzymywać najnowsze informacje.

You have Successfully Subscribed!